Dawnfolk

Do Dawnfolk podszedłem z ciekawością, bo scena niezależna od dobrych paru lat daje mi więcej frajdy niż większość dużych, wypolerowanych produkcji – to tam szuka się dziś prawdziwej kreatywności i eksperymentu, którego wielkim studiom brakuje. Dawnfolk, dzieło jednoosobowego dewelopera Darenna Kellera, zapowiadało się na kolejny taki niszowy hit. I trzeba przyznać – jest tu sporo uroku, tylko niestety zabrakło czegoś, co przykułoby mnie do ekranu na dłużej niż jedno posiedzenie.
O co w ogóle chodzi w tej grze?
Budujesz i rozwijasz miasto na planecie, którą zżera jakaś nadprzyrodzona ciemność, a towarzyszy Ci Lueur – uroczy płomyk, który wygląda, jakby Miyazaki naszkicował go w przerwie na papierosa. Mapa to siatka kwadratowych pól, część zalana światłem, część pogrążona w mroku. Zadaniem Lueur jest rozświetlać kolejne pola na froncie, żeby dało się na nich cokolwiek postawić. Każda budowla wpływa na jeden z czterech zasobów – Światło, Siłę roboczą, Jedzenie i Materiały – i teoretycznie trzeba żonglować priorytetami zależnie od sytuacji na danej mapie.

Minigierki jako ozdobnik, nie fundament
Sporo interakcji z polami wymaga krótkiej, zręcznościowej minigierki w czasie rzeczywistym – na przykład wycinka drzewa to trzysekundowe rąbanie w odpowiednim rytmie. Na papierze brzmi to jak główny gimmick gry, ale w praktyce to bardziej lekki sztos niż fundament rozgrywki – Dawnfolk odpala te minigierki, po czym spokojnie przechodzi do innych elementów swoim zrelaksowanym, niemal nieważkim tempem.
Lekkość, która ma swoje plusy
Jeśli miałbym jednym słowem opisać Dawnfolk, byłaby to właśnie lekkość. Gra nie wymaga maratońskich sesji – żadna z map w trybach innych niż Endless nie zajmuje więcej niż godzinę. Dla porównania: pierwsze podejście do CKII zajęło mi z sześćdziesiąt godzin, a Civilization chyba nigdy w życiu nie skończyłem do końca – i szczerze wątpię, czy ktokolwiek to zrobił. Tryb fabularny w Dawnfolk oraz próbkę map z Puzzle i Curious Expedition ograłem w mniej niż dziesięć godzin, i wcale nie czułem się oszukany.

Gatunek city builderów/strategii aż prosi się o więcej takich krótkich, zamkniętych historii – podoba mi się, że cały łuk rozwoju miasta domyka się szybciej niż niejeden film. Każdy scenariusz fabularny dorzuca własny twist – raz to kultura orków na mapie, innym razem smok żądający daniny, kiedy indziej bagna pełne zombie. Najbardziej zapadł mi w pamięć scenariusz z poszukiwaniem skarbu na archipelagu, gdzie większość mapy zajmowała woda, więc trzeba było naprawdę pokombinować z układem zabudowy, żeby wycisnąć produkcję z garści małych wysepek.
Za dużo wygładzenia, za mało tarcia
I tu dochodzimy do sedna mojego rozczarowania. Krótkie sesje i przystępność to jedno, ale w pewnym momencie gra, która ścina każdy ostry kant i każdy element mogący generować realne napięcie, traci mechaniczną głębię. Nie jestem jakimś genialnym strategiem, a mimo to nie przegrałem ani jednej mapy w kampanii i nawet się do przegranej nie zbliżyłem.

Żadnej kropli potu na czole, żadnego dreszczyku niepewności w żadnym momencie rozgrywki. Nawet wspomniane twisty fabularne nie potrafią naprawdę namieszać w strategii. Ostatecznie każde moje miasto wyglądało jak poprzednie, te same budynki robiły mniej więcej to samo, a popełnienie prawdziwego błędu wydawało się praktycznie niemożliwe.
Przyjemne, ale niezapadające w pamięć
I to samo w sobie nie byłoby złe, gdyby nie fakt, że nic tutaj nie wywołuje fajerwerków. Nic nie chwyta gracza za flaki i nie sprawia, że wraca myślami do Dawnfolk poza sesją grania. To gra szeroka, ale płytka – i szczerze mówiąc, tej szerokości też jest za mało, żeby zbudować z niej pełnoprawną kanapkę strategiczną. Rozegranie jednej mapy pokazuje Ci już większość tego, co gra ma do zaoferowania.
Nie znalazłem w Dawnfolk ani jednego momentu, który byłby nieprzyjemny, zabugowany czy frustrujący technicznie – i to akurat zasługuje na uznanie. Problem w tym, że w segmencie niezależnych strategii istnieje sporo tytułów, które poleciłbym wcześniej. Jeśli jednak szukacie czegoś w rodzaju skrzyżowania idle game’a, puzzle’a i city buildera, w które można wbić się na godzinkę bez presji porażki, Dawnfolk broni się jako relaksujący, przystępny tytuł – pod warunkiem, że wejdziecie w niego z odpowiednio przykrojonymi oczekiwaniami i nie będziecie liczyć na pełnowymiarowego city buildera ani prawdziwe wyzwanie strategiczne.






