The Chosen: Well of Souls

Na pierwszy rzut oka The Chosen: Well of Souls wygląda jak kolejny klon Diablo z małego europejskiego studia – i nie byłoby w tym wielkiego zaskoczenia. Polska firma Rebelmind, wcześniej znana z niezbyt udanego Space Hack, próbuje tu swoich sił w action RPG osadzonym w XIX-wiecznej Europie pełnej demonów, wampirów i nieumarłych. Efekt jest nierówny, ale bardziej interesujący, niż można by się spodziewać.
Fabuła – znajoma, ale oprawiona w ciekawy kostium
Wcielasz się w jednego z trojga łowców, którzy mają zlikwidować Studnie Dusz – portale, przez które do naszego świata wdzierają się demony. Wszystko za sprawą złego Archimaga, który porywa tajemniczego Wybrańca w poszukiwaniu Szmaragdowej Tablicy. Brzmi jak żywcem wyjęte z każdego podręcznika do pisania scenariuszy fantasy, bo takie właśnie jest – ale unikalny klimat epoki sprawia, że całość działa lepiej, niż sugeruje streszczenie.

Do wyboru są trzy postacie: Frater (mnich-mag), Elena (łowczyni demonów władająca równie sprawnie łukiem, co pistoletem) oraz Khan (szermierz walczący wręcz). Każda z nich ma własny styl walki, choć drzewka umiejętności mają identyczną strukturę dla wszystkich – różnica tkwi bardziej w sposobie zadawania obrażeń niż w filozofii budowania postaci.
Klimat XIX wieku – największy atut gry
To, co The Chosen robi naprawdę dobrze, to atmosfera. Zamiast generycznej średniowiecznej krainy mamy XIX-wieczne Karpaty – opuszczone wioski, rozległe cmentarze spowijane nocną mgłą, sekretna siedziba Stowarzyszenia Alchemistów. Gra bije klimatem Brama Stokera i Mary Shelley, a nieumarli – ghoule, wampiry, zombie – są jednymi z najlepiej zaprojektowanych potworów, jakie można spotkać w grach tego gatunku. Scena otoczona przez hordę powoli sunących trupów na moonlit cmentarzu robi autentyczne wrażenie.
Krajobrazy gry prezentują się zaskakująco dobrze – bujne dżungle, średniowieczne miasta i kamieniste pustynie to co najmniej przyjemny dla oka widok, tym bardziej że gra ma dość skromne wymagania sprzętowe.

Walka – taktyczna i wymagająca
System walki oparty jest na klasycznym point-and-click, ale bezduszne klikanie to przepis na szybką śmierć. Każda mapa ma licznik potworów – wyeliminowanie wszystkich wrogów na danym poziomie nagradza dodatkowym punktem atrybutu. To proste, ale skuteczne narzędzie zachęcające do starannego oczyszczania terenu zamiast biegania do kolejnego punktu na mapie.
Do walki możesz przywoływać towarzyszące stworzenia: masywnego Golema z brutalnym atakiem odpychającym wrogów oraz insektoidalnego Nekafara, który rzuca magicznymi pociskami z dystansu. Obaj mają przyzwoite AI i realnie wpływają na taktykę w zależności od wybranej klasy.
Potworów nie ma respawnu – raz wyczyszczona mapa pozostaje czysta. To cenna decyzja projektowa, która eliminuje najnudniejszy element wielu gier akcji i sprawia, że każde wejście na nowy teren ma realną wagę.

Gra jest dobrze wyważona pod względem trudności – aż do końcowych etapów nie znajdziesz się w sytuacji, gdzie czujesz się po prostu za silny.
Gdzie The Chosen traci grunt pod nogami
Tu zaczyna się problem, bo gra jest pod wieloma względami grą o dwóch twarzach.
System umiejętności jest boleśnie uproszczony. W danym momencie aktywne mogą być tylko trzy umiejętności – po jednej z każdego drzewka. Każdą można rozwinąć maksymalnie do poziomu piątego, a przyrost mocy jest tak niewielki, że trudno odczuć realną różnicę. Niektóre umiejętności zdają się nie działać w ogóle. W efekcie jedynym sensownym sposobem na wzmocnienie postaci jest podnoszenie głównego atrybutu – Siły, Zręczności lub Wiedzy – który odblokowuje dostęp do lepszego sprzętu. To bardziej uproszczony klon niż pełnoprawna propozycja gatunkowa, jeśli chodzi o głębię budowania postaci.
System łupów i ekonomia to drugi poważny zgrzyt. Przedmiotów jest zdecydowanie za mało, a te, które się pojawiają, są do siebie zaskakująco podobne – kilka szablonów nałożonych na wszystkie kategorie wyposażenia. Miecz z bonusem do szybkości rzucania zaklęć? Zdarza się. Gra oferuje co prawda Kocioł Stworzenia, czyli system łączenia i ulepszania przedmiotów, ale jest on praktycznie bezużyteczny z jednego prostego powodu: złota jest w tej grze tak mało, że każdy grosz idzie na leczenie i naprawy. Wyposażenie psuje się z użyciem, a koszty napraw potrafią boleśnie nadwyrężyć budżet. Dla maga sytuacja jest wyjątkowo trudna – nowych zaklęć można się nauczyć wyłącznie kupując spellbooki, które kosztują fortunę.
Dla kogo jest ta gra?
The Chosen nigdy nie stacza się do poziomu naprawdę złej gry, ale też nie osiąga nic szczególnie dobrego – pada ofiarą dziwnych decyzji projektowych i nużącej monotonii, szczególnie w późniejszych etapach. To tytuł z wyraźną tożsamością artystyczną i szczerą pasją do klimatu gotyckiej grozy – i właśnie za to można go polubić.
Jeśli jesteś fanem hack and slash action RPG w stylu Diablo i lubisz klimaty wiktoriańskiej grozy, The Chosen: Well of Souls da Ci kilkanaście godzin solidnej, taktycznie wymagającej rozrywki w bardzo przyzwoitej cenie. Jeśli jednak szukasz głębokiego systemu budowania postaci i satysfakcjonującego zbierania łupów – lepiej sięgnij po Titan Quest lub Dungeon Siege. The Chosen wie, jak stworzyć atmosferę. Szkoda tylko, że nie wie, jak zbudować pod nią pełnoprawną grę.






