Uncharted 4 – Dziedzictwo Złodziei

Uncharted 4 to gra, która robi coś, czego po przygodowym blockbusterze można się nie spodziewać – dorasta razem ze swoimi bohaterami. Zamiast kolejnej beztroskiej opowieści o sławie i złocie, Naughty Dog zaserwowało historię o ludziach, którzy mają za sobą zbyt wiele, żeby udawać, że świat jest prosty. To dojrzałe podejście do materiału, wsparte znakomitymi kreacjami aktorskimi i imponującą technologią graficzną. Szkoda tylko, że trzeci akt potrafi skutecznie wyhamować ten pęd.

Historia, która zaskakuje głębią

Fabuła zaczyna się od schematu, który znamy na pamięć – Nathan Drake próbuje wieść normalne życie z Eleną, aż do chwili, gdy z przeszłości powraca ktoś, kto wszystko komplikuje. Tyle że tym razem Naughty Dog interesuje się nie tyle przygodą, ile jej ceną. Nate i jego towarzysze noszą na sobie ciężar minionych lat, a najcenniejsze momenty gry to nie strzelaniny ani pościgi, lecz luźne rozmowy prowadzone przy ognisku czy w samochodzie. To właśnie w tych chwilach postacie stają się pełnokrwiste.

Ogromna w tym zasługa obsady. Nolan North, Emily Rose i Richard McGonagle są tak samo charyzmatyczni jak zawsze, ale to debiutanci błyszczą najbardziej. Troy Baker jako Sam Drake i Laura Bailey jako Nadine Ross wnoszą do serii coś nowego – powściągliwość i dwuznaczność, których wcześniej tu brakowało.

Rozgrywka na najwyższym poziomie – prawie

Od strony technicznej Uncharted 4 to pokaz możliwości PS4. Grappling hook, rozbudowana fizyka wspinaczki i znacznie większe otwarte przestrzenie sprawiają, że poruszanie się po świecie gry jest po prostu przyjemnością. Kamera kocha każdy efektowny swing na linie, a strome żwirowe zbocza, po których Nate ześlizguje się w kontrolowanym chaosie, to jeden z tych detali, które zapamiętuje się na długo.

Walka też solidnie trzyma poziom. Przeciwnicy zachowują się wiarygodnie – flankują, nie dają się łatwo zgubić, a ukrycie za murkiem i czekanie na regenerację zdrowia po prostu nie wchodzi w grę. Do tego arsenał skradankowy uzupełnia starcia bronią, choć sam system skradania nie odkrywa niczego nowego – znakowanie wrogów, ciche eliminacje w wysokiej trawie, chwytanie za kostki z krawędzi. Działa bez zarzutu, ale nikogo nie zaskoczy.

Wizualnie gra jest po prostu najpiękniejszym tytułem, jaki w swoim czasie trafił na konsole. Nie chodzi tylko o wielkie panoramy – to szczegóły robią różnicę: śnieg osiada na włosach Nate’a, odbicia światła na obrazach olejnych, intensywna zieleń podwodnej roślinności. Wszystko przy stałych 30 klatkach na sekundę, a efekt i tak zapiera dech.

Trzeci akt – gdzie gubi się impet

Niestety, dłużyzny dżunglowej sekwencji w trzecim akcie to największa wada gry. Przez zbyt długi czas Nate i kompania nie robią nic poza wspinaczką i strzelaniem, bez żadnej choreograficznej inwencji. Każde kolejne starcie zaczyna wyglądać jak poprzednie, każdy klif jak ten sprzed dziesięciu minut. Jak na najdłuższy segment całej gry, to poważny problem z tempem.

Szczytowych momentów jest kilka – pościg samochodowy na Madagaskarze i sekwencja na wieży zegarowej potrafią wywołać efekt wow – ale ogólnie rzecz biorąc, w serii słynącej z kinowych setpieców tym razem wyobraźnia reżyserska pracowała na zwolnionych obrotach.

Multiplayer – niespodziewana jakość

Tryb wieloosobowy 5v5 i 4v4 to zdecydowanie więcej niż tradycyjny dodatek do kampanii. Tryb Command, gdzie każda drużyna ma swojego „kapitana”, a zabicie go przewraca bieg meczu, wymusza prawdziwą komunikację i skupienie. Plunder – klasyczna rywalizacja o idola – potrafi być równie stresująca, co zabawna. Grappling hook otwiera rozgrywkę wertykalnie, dając poczucie stałego ruchu i dynamiki.

Smaczkiem są nadprzyrodzone zdolności do kupienia za punkty – teleportacja czy sarkofag atakujący duchy to absurdalny, ale skuteczny sposób na rozbicie monotonii typowego deathmatch. Tryb wieloosobowy działa do tego w 60 klatkach na sekundę, przez co strzelanina jest odczuwalnie ostrzejsza niż w kampanii.

Uncharted 4 to gra bliska wielkości, która tej wielkości nie do końca osiąga. Emocjonalna dojrzałość historii, znakomita obsada i techniczna doskonałość stawiają ją w ścisłej czołówce katalogu PS4. Trzeci akt i brak wyobraźni w projektowaniu setpieców to realne wady, ale nie przekreślają całości. To po prostu najlepszy Uncharted – tyle że nie najlepszy Naughty Dog.

Może Cię zainteresować

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *