Tom Clancy’s The Division 2

The Division 2 to jeden z tych tytułów, które robią niemal wszystko dobrze – aż do momentu, gdy przestają. Przez większość swoich ponad 60 godzin spędzonych w wirtualnym Waszyngtonie byłem szczerze wciągnięty. Dopiero po dotarciu do endgame’u poczułem, jakby ktoś nagle zgasił światło.
Waszyngton, jakiego nie znałeś
Już od pierwszych minut rzuca się w oczy, że Massive Entertainment przyłożyło się do odwzorowania stolicy USA. To nie jest kolejne generyczne miasto-siatka – Waszyngton żyje, oddycha i zachęca do eksploracji na każdym kroku. Ikony architektury porośnięte bluszczem, otwarte przestrzenie przeplecione wąskimi uliczkami i niezliczone skrzynie oraz kolekcjonowane przedmioty schowane w każdym zakamarku. Nigdy nie żałowałem chwil, gdy pozwalałem sobie na swobodną eksplorację zamiast ślepego podążania za celem misji.

Sama strzelanka jest wyraźnie lepsza niż w pierwszej części. Wrogowie reagują na trafienia szybciej, giną sprawniej, a każda broń brzmi i zachowuje się inaczej. Wzorce odrzutu, tempo ognia, unikalne dźwięki – to wszystko sprawia, że poszczególne egzemplarze z arsenału czuje się jako oddzielne narzędzia, a nie wymienne rekwizyty. Perełką systemu łupów są talenty przypisane do broni i ekwipunku, które potrafią totalnie odmienić styl gry. Snajperka, której pierwsza kula każdego magazynka zadaje obrażenia jak trafienie w głowę niezależnie od miejsca trafienia, to prawdziwy gamechanger. Co więcej, ulubione talenty można przenosić na nowy sprzęt, choć kosztem zniszczenia starego przedmiotu.

Misje, które mają coś do powiedzenia
Jedenaście stref PvE rządzi się podobną logiką – bezpieczna baza, punkty kontrolne, patrole, zadania poboczne – ale różnorodność aktywności skutecznie zapobiega uczuciu monotonii. Niektóre misje wprowadzają nawet autorskie mechaniki, jak odkręcanie zaworów gaszących ogień czy tropienie przewodów prowadzących do niszczalnych skrzynek elektrycznych. Szkoda tylko, że te pomysłowe rozwiązania nie znalazły drogi do walk z bossami, które sprowadzają się wyłącznie do gąbczastych wrogów z większym paskiem zdrowia. W gatunku, gdzie spektakularne starcia z szefami są standardem, to wyraźna słabość.

Fabularnie główny wątek jest poprawny, ale nie zapada w pamięć. Prawdziwe emocje pojawiają się w mini-historiach wplatanych w poszczególne misje – krótkich, konkretnych i nierozpraszających. Kampanię można ukończyć w ok. 22 godziny, choć po drodze czeka na gracza o wiele więcej.
Endgame – obiecujący start, szybkie rozczarowanie
Zaraz po ukończeniu kampanii gra wchodzi na wyższy bieg. Nowa frakcja, „zajęte” wersje ukończonych misji i system punktacji ekwipunku – przez jakieś sześć godzin wszystko gra jak w zegarku. Problem w tym, że to ledwo epilog, a nie pełnoprawny endgame.
Po wejściu do Poziomu Świata 4 zawartość, która dotąd nagradzała wysiłek, nagle przestaje dostarczać sensownych nagród. Przedmioty o lepszym współczynniku ekwipunku można zdobywać głównie przez PvP lub z paczek doświadczenia – nie zaś z trudnych misji czy wyzwań, gdzie najbardziej należałoby się ich spodziewać. To arbitralne rozdzielenie zawartości na „tę co awansuje” i „tę co nie” jest jednym z największych projektowych błędów całej gry.
Dobrą wiadomością jest to, że sam współczynnik ekwipunku nie jest tak krytyczny, jak mogłoby się wydawać. Prawdziwa moc tkwi w doborze talentów, atrybutów i bonusów zestawów. Kto lubi min-maxing, znajdzie tu sporo do roboty.

Ciemna Strefa – ryzyko bez sensu
Dark Zone miało być sercem The Division 2 – dynamiczną strefą PvPvE, gdzie adrenalina sięga zenitu, a wywalczone łupy trzeba ewakuować helikopterem pod ostrzałem innych graczy. W teorii brzmi znakomicie. W praktyce strefa jest sterylna i rozczarowująca, bo skrzynki w niej są warte tyle samo, co te zdobyte w normalnych aktywnościach – czyli mało. Mechanika „going rogue” jest fajnym pomysłem i system rosnących poziomów poszukiwanego działa, ale nagrody za ryzyko zupełnie nie rekompensują wysiłku.

Mikrotransakcje bez przesady
System płatności w The Division 2 nie budzi kontrowersji. Sklep oferuje wyłącznie kosmetyki – skórki broni, emotki i stroje – a spora część atrakcyjnych przedmiotów (maski, zawieszki do plecaka) dostępna jest za darmo poprzez eksplorację i wyzwania. Walutę premium zdobywasz wyłącznie za prawdziwe pieniądze, ale przy tempie jednego darmowego przedmiotu ze sklepu co ok. sześć godzin gry trudno poczuć, że cokolwiek jest blokowane za paywallem.
The Division 2 to dopracowana, satysfakcjonująca strzelanka z otwartym światem, która przez większość czasu trzyma wysoki poziom. Wciągająca eksploracja, przyjemna mechanika lootershootera i świetnie odwzorowany Waszyngton to jej najmocniejsze karty. Endgame i Dark Zone wyraźnie kulą, ale nie przekreślają tego, co oferuje wcześniej. Jeśli lubisz gatunek – to jeden z lepszych jego przedstawicieli, tyle że z niezrealizowanym potencjałem w późnej fazie gry.






