Star Fox

Memy o tym, że Nintendo bez końca przerabia Star Fox 64 piszą się same, ale jest na to dobry powód: to po prostu klasyk, który wciąż działa.
Star Fox towarzyszy mi od lat – pierwszy kontakt z grą był u kolegi, a po zaoszczędzeniu pieniędzy z koszenia trawników kupiłem własną kopię i grałem bez przerwy. Dekady później wciąż do niej wracam, czy to na telewizorze, czy w trybie przenośnym na Switchu, gdy razem z żoną czekamy na samolot z miesiąca miodowego.
Mimo statusu legendy, marka Star Fox od dawna nieco się gubiła. Powodem jest to, że zamiast czegoś nowego Nintendo wciąż odgrzewa to samo. Wraz z premierą Star Fox na Switchu 2 seria liczy już dziewięć tytułów, z czego cztery to remaki lub remastery Star Foksa 64 – czyli gry, która sama w sobie była rozbudowaną wersją oryginału z SNES-a z 1993 roku. Marka od dawna potrzebowała kroku naprzód.

Tu wchodzi film Super Mario Galaxy, w którym Fox McCloud dostał zaskakująco dużą rolę i niejako wepchnął franczyzę z powrotem na światło dzienne. Podobnie jak wcześniej z Metroid Prime 4 – Star Fox wreszcie wraca. Zła wiadomość jest taka, że to znowu Star Fox 64. Ale to wcale nie jest najgorsza wiadomość świata.
Star Fox 64 nigdy nie wyglądał ani nie czuł się lepiej
Ostatnią reinterpretacją Star Foksa 64 był osławiony Star Fox Zero na Wii U. Czy Zero zasługuje na uznanie za próbę czegoś nowego? Tak. Czy mimo to się wywrócił? Też tak. To właśnie dlatego marka nie doczekała się nowej odsłony przez dekadę. Shigeru Miyamoto tłumaczył to brakiem wystarczająco przekonujących pomysłów – ale patrząc na inne świeże premiery Nintendo, jak sportowe gry Mario na Switchu, trudno nie zastanawiać się, dlaczego akurat Fox McCloud dostał taką cichą banicję.
Ostatecznie to Glen Powell jako głos Foxa w nowym filmie Mario wyciągnął tę markę z zapomnienia. Nie liczcie jednak na rewolucyjne pomysły – sama rozgrywka pozostaje identyczna jak w Star Fox 64. Zmieniła się za to oprawa. Byłem sceptyczny wobec bardziej kinowego podejścia – w końcu to wciąż Star Fox 64, czy naprawdę potrzebował pełnoprawnej prezentacji fabularnej?

Odpowiedź brzmi: tak, potrzebował. Sporo mówiło się o nowym designie postaci, ale szczerze – mnie to nigdy nie przeszkadzało. Gra wygląda fantastycznie, miejscami przywołując klimat rodem ze Star Wars, zwłaszcza w finałowych momentach kampanii. Przerywniki między misjami świetnie wypełniają luki z oryginału, mocniej akcentując to, kim są członkowie załogi Star Fox i co dzieje się w systemie Lylat.
Co najlepsze – sama rozgrywka to potwierdza. Granie w Star Fox jest jak jazda na rowerze: znajome, komfortowe i wciąż ekscytujące. Arwing nigdy nie sterował się lepiej, a obawiana adaptacja do kontrolera Pro na Switchu 2 minęła bezboleśnie. Tak właśnie chcę teraz grać w Star Foksa.
Zaskakująco dużo zawartości
Mam szczęście, bo w Star Fox jest naprawdę sporo do roboty. Poza podstawowym rail-shooterem prowadzącym przez kolejne etapy – wciąż równie satysfakcjonującym co zawsze – po pokonaniu Androssa i napisach końcowych czeka jeszcze więcej zawartości.
Można wrócić do każdej misji i zrealizować dodatkowe cele. Star Fox już wcześniej był jedną z bardziej grywalnych pozycji na Switchu 2, a dorzucenie bonusowych zadań i dodatkowych poziomów trudności sprawia, że każde podejście wciąż czuje się świeżo. To nie jest poziom replayability roguelike’a, ale różnica względem oryginalnego doświadczenia jest wyraźnie odczuwalna.
Zaskoczył mnie też multiplayer. Z trybów wieloosobowych w Star Fox 64 spędziłem może godzinę w piwnicy kolegi – i szczerze, to i tak było zbyt dużo. Tym razem multiplayer jest na tyle dobry, że żałuję, że nie rozbudowano go bardziej.

To świadczy o tym, jak dobrze działa tu sama rozgrywka. Star Fox nie próbuje wymyślać koła na nowo, ale po co miałby? Już to robiono, i wiemy, jak to się skończyło. To prawdziwy dylemat tej wersji na Switcha 2 – marka potrzebuje czegoś nowego i świeżego, ale jako wprowadzenie do serii dla wielu graczy, to wciąż świetny punkt startowy.
Trzeba pogadać o dubbingu
Jest jednak w pokoju spory słoń, i jest nim aktorstwo głosowe. Zachowanie oryginalnej obsady było niemożliwe – Star Fox 64 ma prawie 30 lat. Nowy dubbing był więc nieunikniony, i w niektórych przypadkach, jak Andross czy Fox, sprawdza się naprawdę dobrze. Reszta to jednak spore rozczarowanie, z kilku powodów.
Dialogi w Star Fox 64 to wspaniała mieszanka przerysowanego stylu lat 90. z napięciem podkreślającym wagę każdej misji. Naprawdę czuło się weteranie doświadczenie Peppy’ego, znudzenie i nonszalancję Falco czy zapał Slippy’ego, nawet jeśli ten ostatni był obiektem żartów. Postacie wciąż są napisane podobnie (głównie – choć ciekawe, czemu w 2026 roku nadal mówimy „cholera” zamiast czegoś mocniejszego), ale sama interpretacja głosowa już tego nie oddaje.

Przerysowanie dotyczyło głównie bossów, którzy byli absolutnie wyśmienici – przeszarżowani, z głupawymi przytykami, jednolinijkowcami i prowokacjami. Tutaj tego brakuje – każdy boss brzmi płasko, monotonnie i bez charakteru. Boss z Macbeth na przykład stracił swój charakterystyczny południowy akcent i ikoniczne kwestie. Jak na grę, która tak dobrze trzyma się materiału źródłowego i go ulepsza, to spore potknięcie.
Powrót Star Foksa to bardzo mile widziana wiadomość, a sama rozgrywka broni się nawet po tylu latach. Co zaskakujące, replayability gry, w którą gramy od prawie trzech dekad, jest jeszcze lepsza – dzięki naprawdę udanemu multiplayerowi i dodatkowym wyzwaniom. Szkoda tylko, że przy tak poprawionej prezentacji fabuły i przerywników, dubbing nie dotrzymuje kroku – zwłaszcza że to jeden z bardziej ikonicznych elementów Star Foksa 64. Mimo to, to świetne ponowne wprowadzenie do marki, które miejmy nadzieję napędzi powrót serii na dobre.






