Outliver: Tribulation

Outliver: Tribulation to gra, która przez całą rozgrywkę prowadzi z tobą dziwną przepychankę – jest w niej mnóstwo amatorszczyzny, potrafi irytować, a jednocześnie ciężko od niej odejść. Nie powiem, że to najlepsza gra, w jaką grałem, ale spokojnie mogę stwierdzić, że jest jedną z najciekawszych produkcji, jakie kiedykolwiek recenzowałem – i szczerze mówiąc, mam problem, żeby wystawić jej jednoznaczną ocenę.
To survival horror akcji z naciskiem na fabułę, stworzony przez GBROSSOFT na silniku Unreal Engine. Zespół odpowiedzialny za produkcję jest naprawdę niewielki – w napisach końcowych pojawia się garstka nazwisk, i szczerze, ta amatorskość widać niemal na każdym kroku.

Jedną z pierwszych rzeczy, która rzuca się w oczy, jest interfejs użytkownika – surowy, mało dopracowany. Mapa na początku potrafi wprowadzić w konsternację, choć z czasem da się ją ogarnąć, mimo że i tak nigdy nie robi dobrego wrażenia. Ogólnie UI jest po prostu mało ekscytujący, choć da się z nim funkcjonować – starożytne inskrypcje wyryte w kamieniu wyświetlają się na ekranie jako zwykły biały prostokąt z czarnym tekstem, co wygląda jak coś wyjętego prosto z projektu studenckiego.
Animacje – zarówno ruchy postaci, jak i zachowania przeciwników – są toporne i nienaturalne, co mocno psuje immersję, o którą przecież gra tak zabiega. Szczególnie boleśnie odczuwa się to w walkach z bossami. Czytelność samych ataków jest w porządku, ale unik potrafi być prawdziwym zagrożeniem, bo animacje mają zbyt długi rozbieg, zanim faktycznie coś się wydarzy. Najgorsze jest jednak podnoszenie amunicji w trakcie walki – z pozoru banalna czynność zamienia się w pułapkę, bo unieruchamia postać na zbyt długo, przez co ginąłem w momentach, których w normalnych warunkach dałoby się uniknąć.

Sygnały dźwiękowe ostrzegające przed atakami bossa to kolejna rzecz, która powinna działać bez zarzutu, a tutaj bywa zawodna – czasem po prostu nie odtwarzają się, kiedy sam atakujesz przeciwnika. Efekt jest taki, że łapiesz atak, którego normalnie dałoby się uniknąć, gdyby gra po prostu zagrała dźwięk, który miała zagrać.
Każdy porządny survival horror daje ci narzędzia do pokonania bossa, nawet jeśli musisz oszczędzać każdy nabój. Tutaj bywa inaczej – starcia z bossami nie zawsze spawnują wystarczającą ilość amunicji, więc jeśli spudłujesz kilka razy, możesz się dosłownie zaciąć bez szans na wygraną. Mnie przytrafiło się to dwa razy, i uwierzcie, frustracja była ogromna.
Do tego dochodzi kwestia miksu dźwiękowego – momentami po prostu rozprasza i wybija z klimatu. Niektóre dźwięki są nieprzyjemne dla ucha, aż do dyskomfortu, co odczułem szczególnie przy podnoszeniu pewnych przedmiotów albo przy krzyku jednego z wczesnych bossów – z jakiegoś powodu dorzucono do niego dźwięk przypominający dzwonienie w uszach, który naprawdę mnie irytował.

To wszystko brzmi jak solidny powód, żeby po prostu odpuścić sobie tę grę – i szczerze, jeśli już zamykacie tę recenzję w tym momencie, w ogóle się nie dziwię. A jednak, mimo że wszystkie te problemy są aż nazbyt widoczne, było w Outliverze coś, co sprawiło, że nie odkładałem kontrolera, i że grałem w to zdecydowanie dłużej, niż zrobiłbym to w przypadku innej produkcji z tak samo długą listą wad.
Mimo problemów, słabszych elementów i amatorskiego wykonania, w Outliver: Tribulation czuć autentyczną pasję, jakiej dziś brakuje w wielu większych produkcjach. Na początku byłem naprawdę zniechęcony całą tą prezentacją i towarzyszącymi jej problemami, ale im dłużej grałem, tym mniej mi to przeszkadzało – a amatorskie wykonanie zaczęło mi się wręcz kojarzyć z jakimś swoistym urokiem. Naprawdę dobrze się bawiłem.
Tym, co ostatecznie mnie kupiło, było osadzenie fabularne gry.
Historia śledzi losy Bolanle Gboyegi, żołnierki nigeryjskich sił zbrojnych tropiącej bojowników Boko Haram, która w wyniku zawalenia się jaskini zostaje uwięziona pod ziemią. Wędrując w głąb pieczary, w tajemniczy sposób trafia do Krainy Tribulacji – mistycznego miejsca zakorzenionego w wierzeniach ludu Joruba. Tam musi udowodnić swoją wartość jako wojowniczka, przechodząc przez serię wymagających prób, jeśli chce wrócić do domu.

W jakiej jeszcze grze widzieliście coś podobnego? Outliver: Tribulation jest głęboko zanurzony w kulturze afrykańskiej, i choć nie jestem żadnym ekspertem w tym temacie, całość wydaje mi się przedstawiona autentycznie i z dużym szacunkiem oraz zaangażowaniem ze strony twórców. Ten unikalny setting i lore dają grze poczucie prawdziwej oryginalności, które wciągnęło mnie mimo wcześniejszych zastrzeżeń.
Warstwa fabularna wcale nie jest zła – po drodze przez naprawdę ładnie zaprojektowaną starożytną świątynię można natrafić na całkiem ciekawe fragmenty lore. Ta gra jest zresztą świetnym dowodem na to, co potrafi Unreal Engine w rękach nawet niewielkiego zespołu – wizualnie robi wrażenie. Szczególnie zapadły mi w pamięć etapy z bossami, gdzie ściany podziemnej świątyni rozstępują się, ukazując rozgwieżdżone niebo – to naprawdę przypomina, że jesteś w miejscu, gdzie prawa fizyki i logiki po prostu nie obowiązują.

Im głębiej wsiąkałem w grę, tym łatwiej było mi przymknąć oko na jej problemy, a sama rozgrywka – coś w stylu Resident Evil z systemem uników – zaczęła mnie naprawdę wciągać. Uczucie po pokonaniu bossa za którymś podejściem było fantastyczne, może właśnie dlatego, że część bugów w grze dokładała dodatkową warstwę trudności, a co za tym idzie – satysfakcji.
Przede wszystkim jednak Outliver: Tribulation pokazuje, jak daleko potrafi zajść dobry pomysł, nawet przy narzędziach dostępnych niezależnym twórcom. Gdyby ta produkcja dostała jeszcze trochę czasu w piecu, jestem przekonany, że większość, jeśli nie wszystkie moje zastrzeżenia po prostu by zniknęły. Nie wiem, dlaczego zdecydowano się wydać ją w takim stanie – pewnie zabrakło czasu albo budżetu – ale odrobina dopracowania spokojnie mogłaby przenieść tę grę z oceny 5 na 7. Jeszcze rok czy dwa dalszej pracy, i Outliver mógłby śmiało konkurować z niejedną produkcją z segmentu AAA.






