Doom: The Dark Ages

Doom wraca i to w wielkim stylu! Najnowsza produkcja od id Software, Doom: The Dark Ages, to prequel, który pozwala nam wsiąść w jeszcze bardziej epicką zbroję Doom Slayera i przeżyć wydarzenia, które wcześniej mogliśmy tylko czytać w szczegółowych wpisach do kodeksu w Doom (2016) i Doom Eternal. W tej grze wcielamy się w Doom Slayera w momencie, gdy jego reputacja żywej legendy, prawdziwego koszmaru dla wszelkich piekielnych stworów, dopiero się rodziła.
To była gra, na którą czekałem z ogromnym podekscytowaniem przez cały rok. Wszystkie zwiastuny i materiały przedpremierowe sprawiały, że wydawało się, iż jest to absolutny hit, ale to, co naprawdę utwierdziło mnie w przekonaniu, nastąpiło, kiedy dyrektor gry, Hugo Martin, powiedział coś, co brzmiało jak deklaracja:
„W Doom Eternal czułeś się jak myśliwiec. W Doom: The Dark Ages będziesz czołgiem z żelaza.”

Już wcześniej byłem podekscytowany, ale po tych słowach poczułem prawdziwy dreszcz ekscytacji – od „super, nie mogę się doczekać” przeszedłem do „tak, teraz czas pokazać piekłu, kto tu rządzi!”. Choć bardzo polubiłem szybkie tempo Doom Eternal, te niekończące się biegi między wrogami, eliminowanie ich w mgnieniu oka i skakanie po mapie, w tej części byłem gotów skupić się mniej na akrobacjach i przełączaniu broni, a bardziej na miażdżeniu hord piekła niczym buldożer. Według mnie Doom: The Dark Ages w pełni dostarcza tej fantazji mocy i czystej satysfakcji. Dla jasności, nadal gram na poziomie „Hurt Me Plenty” (normalnym), więc choć gra jest łatwiejsza niż Doom Eternal, wciąż stanowi uczciwe wyzwanie, które wciąga, ale nie frustruje.
Historia w tej części jest naprawdę interesująca. Śledzimy Doom Slayera, który współpracuje z Night Sentinels z Argent D’Nur, pomagając im w walce z niekończącymi się piekielnymi armiami dowodzonymi przez Księcia Ahzraka. W porównaniu z poprzednimi grami, większy nacisk położono na narrację i cinematici, a każda z 22 misji zawiera w sobie więcej przerywników filmowych, które nadają grze charakter i klimat. Choć fabuła nie jest tutaj mistrzostwem świata, i nie znajdziemy tu spektakularnych zwrotów akcji czy głębokiego rozwoju postaci, to jednak kodeksy i lore pozostają tak samo bogate i wciągające jak w poprzednich odsłonach. A do tego cutsceny i sama rozgrywka prezentują się znakomicie i działają płynnie, co zawsze jest miłym dodatkiem.

Oprócz wpisów do kodeksu w grze znajdziemy mnóstwo kolekcjonowalnych przedmiotów, takich jak skórki broni, figurki postaci i wrogów. Ich znalezienie może czasem być wyzwaniem, bo część jest świetnie ukryta. Niektóre zdobywamy, wykonując określone wyzwania w misjach – na przykład eliminując określoną liczbę wrogów jednocześnie albo parując ich ataki określoną liczbę razy. Dodatkowo mamy złoto, rubiny i wraithstone’y, które pozwalają ulepszać broń i nadawać jej specjalne efekty, co daje poczucie progresu i personalizacji.
Dla graczy, którzy lubią zdobywać wszystko i kończyć misje w 100%, większość kolekcjonowalnych przedmiotów nie powinna stanowić problemu, choć zawsze można pominąć kilka, szczególnie w misjach, które zostały zaprojektowane tak, by je dobrze ukryć. Niestety, w przeciwieństwie do Doom Eternal, tutaj nie możemy łatwo wracać po pominięte przedmioty – po przekroczeniu punktów bez powrotu w misji musimy albo cofnąć checkpoint, albo powtórzyć całą misję, co czasem bywa nieco frustrujące.

Na szczęście misje same w sobie są świetnie zaprojektowane, więc powtarzanie ich nie jest aż tak uciążliwe. Większość czasu spędzamy miażdżąc hordy demonów, zarówno klasycznych, jak i nowych. Do klasyków należą Impsy, Pinkies, Hell Knights, Mancubi i Cyberdemons, a nowością są między innymi Acolytes czarujące zaklęciami, cybernetycznie wzmocnione Komodos, Battle Knights, hybrydy Cacodemonów i Cosmic Barons.
Mapy są bardziej otwarte niż w poprzednich częściach, często oferując kilka celów jednocześnie i pozwalając wybierać kolejność, w jakiej chcemy je realizować. Czasami specjalnie oznaczeni wrogowie wzmacniają jednostki wokół siebie, więc eliminacja ich na początku jest zwykle najlepszą strategią. Bossowie mają czasem tarczę, którą możemy zniszczyć dopiero po zabiciu ich pomocników. Nagrodą za ich pokonanie są ulepszenia zdrowia, pancerza lub pojemności amunicji.

W tej odsłonie znaczącą zmianą jest fakt, że walki wręcz stały się kluczowym elementem rozgrywki. Doom Slayer otrzymuje trzy bronie melee: Power Gauntlet, Flail i Dreadmace, każda z własnymi efektami – rażenie prądem, podpalenie czy rozbijanie pancerza. Trafiając przeciwników bronią wręcz, zmuszamy ich do zostawienia amunicji, więc problem z jej kończeniem praktycznie znika. Klasyczne bronie, takie jak Combat Shotgun i Super Shotgun, powracają, a do tego mamy kilka nowych: Plasma Rifle w ulepszonych wersjach, Skullcrusher, Shredder, Impaler, Chainshot i BFC – średniowieczna, potężna wersja legendarnej BFG 9000.
Najważniejszą innowacją jest Shield Saw, który pozwala blokować pociski, zadawać obrażenia wrogom, parować ataki „Hell Surge” i synergizować z innymi broniami w walce z bossami. Można nim wykonać szybki charge, przebić się przez hordy wrogów, a specjalne runy sprawiają, że wokół pojawiają się pioruny albo fale ostrzy energii. Walka staje się dzięki temu jeszcze bardziej dynamiczna i satysfakcjonująca.
Do gry wprowadzono też dwa nowe typy misji, które dodają świeżości rozgrywce:
- Misje w mechach Atlan – tutaj Doom Slayer dosłownie miażdży Titanów niczym w Pacific Rim, czując się jak prawdziwy niepowstrzymany wojownik.
- Loty na cybernetycznym smoku Serrat – możemy przelatywać nad polami bitew, niszcząc demonie statki i korzystając z broni na smoku.

Misje w mechach są ekscytujące i naprawdę dają poczucie ogromnej mocy, natomiast loty na smoku są trochę mniej dynamiczne, bo skupiamy się głównie na strzelaniu w turrets i wchodzeniu na statki wroga, ale i tak wprowadzają ciekawy powiew świeżości do rozgrywki.
Nie mogę powiedzieć, że gra jest perfekcyjna, ale wcale nie musi być. Głównym powodem, dla którego ludzie grają w Doom, jest poczucie bycia niepokonanym wojownikiem, który bez litości rozwala każdego napotkanego demona przy akompaniamencie mocnej muzyki metalowej. Doom: The Dark Ages dostarcza tej mocy i satysfakcji w pełni, a przy tym wprowadza na tyle nowych mechanik i urozmaiceń, że nie czuć przesytu powtarzalnością. To może być moja ulubiona część serii i, co najważniejsze, może być też Twoja.






