Marathon

Extraction shootery przeżywają teraz prawdziwy renesans. ARC Raiders, Escape From Duckov, dziesiątki mniejszych tytułów walczących o uwagę graczy – a mimo to Marathon od Bungie wyróżnia się spośród nich wszystkich. Po ponad 65 godzinach spędzonych na najbardziej wymagających mapach i trybach, mogę powiedzieć wprost: to najlepszy extraction shooter, w jaki grałem.

Strzelanie na poziomie, którego oczekiwałeś

Trudno słowami opisać, czemu gunplay w grach Bungie czuje się tak dobrze – ale Marathon to ma w pełni. Może to ten charakterystyczny trzask karabinu, metaliczny dźwięk spustu, albo głuchy łomot, gdy kulka trafia w cel. Może rytmiczny odrzut broni – pulse rifle bije jak serce, hand cannon szarpie dramatycznie. Cokolwiek to jest, efekt końcowy jest taki, że czujesz się lepszym graczem, niż jesteś w rzeczywistości. I właśnie o to chodzi.

PvP, które trzyma za gardło

Marathon to bezlitosna arena dla graczy, którzy lubią ryzykować. Zupełnie inaczej niż w ARC Raiders, gdzie PvP zdarza się rzadko i społeczność ma mocno kooperacyjny klimat – tutaj wszyscy chcą ci zdjąć głowę. Starcia w ciasnych, mrocznych korytarzach, gdzie dwa zespoły próbują się nawzajem przechytrzyć, generują napięcie, jakiego nie doświadczysz w wielu innych grach. A najlepszy sposób na zdobycie łupu? Pozwolić, żeby ktoś inny go zebrał, a potem zabrać go z jego zimnych, martwych rąk.

Progresja i loot – klasyczne „jeszcze jeden run”

System łupów i rozwoju postaci to serce każdego dobrego extraction shootera i Marathon rozumie to doskonale. Po dziesiątkach godzin nadal siedzę przyklejony do ekranu, przeglądając gęste menu i planując kolejne wypady. Znalezienie broni prestiżowego poziomu, która całkowicie zmienia sposób gry – jak plecak generujący amunicję z każdego zabicia – sprawia, że nawet bolesne porażki są warte swojej ceny. Bo nawet jeśli stracisz wszystko, możesz przynajmniej zaliczyć zadanie albo zebrać materiały na ulepszenie, które sprawi, że następny run będzie odrobinę mniej zabójczy.

Największy minus? Onboarding jest po prostu słaby. Gra rzuca cię na głęboką wodę bez większych wyjaśnień, a część systemów trzeba odkrywać samodzielnie przez wiele godzin. To może zniechęcić mniej cierpliwych graczy.

Mapy i tryby, które zaskakują

Mimo że na start dostępne są tylko cztery mapy, każda z nich jest przemyślana. Outpost to prawdopodobnie jedna z najlepszych map w historii gatunku – mała, pionowa, upchana skarbami i sekretami, wymuszająca nieustanny konflikt między graczami. Dire Marsh to raj dla snajperów z wyższą stawką i poważniejszymi rywalami. Perimeter idealnie sprawdza się jako punkt startowy dla świeżych drużyn.

Tryb Cryo Archive to endgame w najczystszej postaci. Wchodzisz do środka z ekwipunkiem wartym minimum 5000 kredytów, trafiasz na pokład statku UESC Marathon z oryginalnej gry i przez 30 minut walczysz o przeżycie – z wrogimi botami, innymi graczami uzbrojonymi po zęby i zegarem tykającym nieubłaganie. Jedne z najlepszych i najgorszych chwil w tej grze przeżyłem właśnie tam.

Lore, estetyka i technikalia

Marathon wygląda świetnie i działa stabilnie – nawet na zwykłym Xbox Series X praktycznie nie spotkałem problemów z połączeniem czy klatkami. Świat gry ma niepokojącą, sztuczną estetykę, która po kilkunastu godzinach zaczyna naprawdę działać na psychikę. Do tego lore jest zaskakująco wciągające – po niemal każdej misji dostajesz strzępki historii, krótkie dialogi, odblokowane wpisy. Im głębiej wchodzisz, tym bardziej te luźne wątki zaczynają się spinać w całość.

Jedyna poważna wada: UI to katastrofa

Nie ma co owijać w bawełnę – interfejs użytkownika w Marathon jest fatalny. Mody reprezentowane identycznymi, ogólnikowymi ikonami, ekwipunek zamieniający się w nieczytelny chaos, obsługa zamiany przedmiotów w środku walki, która wymaga pięciu kroków tam, gdzie powinien wystarczyć jeden. To największy problem gry i musi zostać naprawiony możliwie jak najszybciej.

Marathon to nieprzystępna, bezwzględna i uzależniająca gra, która jednocześnie jest moim ulubionym extraction shooterem wszech czasów. Gunplay na poziomie, jakiego oczekujesz od Bungie, progresja trzymająca przy ekranie, mapy pełne niespodzianek i endgame, który potrafi pochłonąć cały weekend. UI i onboarding wymagają pilnej poprawy, przydałoby się więcej map – ale to szczegóły przy tym, co ta gra oferuje w całości. Po prostu w nią zagraj.

Może Cię zainteresować

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *