HonorBound RPG

Są gry mobilne, przy których spędzasz godziny i nie wiesz, kiedy minął czas. I są gry, przy których po dziesięciu minutach pytasz siebie – serio, co ja tu właściwie robię? HonorBound niestety należy do tej drugiej kategorii. Zdecydowanie.

Zanim w ogóle zaczniesz grać, musisz wybrać dowódcę – do wyboru jest pięć opcji, co na papierze brzmi zachęcająco. Problem zaczyna się chwilę później, kiedy gra serwuje Ci wstępną historię i tu od razu robi się słabo.

Zostałeś wybrany. Tylko Ty możesz uratować świat. Znasz to? No właśnie – każdy zna, bo ten schemat pojawia się w co drugiej grze tego gatunku. HonorBound nie tylko nie stara się go odświeżyć, ale nawet nie próbuje tego ukryć. Fabuła jest tak banalna i płytka, że zamiast wciągać, natychmiast wyłącza wszelką chęć do dalszej zabawy. To smutne, bo dobry setting w RPG to połowa sukcesu – tutaj ta połowa po prostu nie istnieje.

Walki – system, który nużący od pierwszej rundy

Rdzeń rozgrywki to turowe walki, i tu pojawia się kolejne rozczarowanie. Masz do dyspozycji dosłownie dwa rodzaje ataku – podstawowy, czyli tap na wroga, i specjalny zależny od klasy postaci. Tyle. Zero kombinowania, zero głębi, zero taktyki.

Główna postać dysponuje umiejętnością przechwytywania przeciwników – możesz dodać ich do swojej kolekcji, o ile wybijesz im zdrowie poniżej 20%. Na papierze brzmi to ciekawie, bo kolekcjonowanie herosów to solidny motywator w grach RPG. W praktyce jednak po ostatniej aktualizacji łapanie postaci stało się absurdalnie trudne – każda nieudana próba obniża szanse powodzenia w kolejnych turach. Efekt? Mechanika, która miała być jednym z główniejszych powodów do grania, zamieniła się w źródło frustracji.

Same dungeony są jednostajne jak autostrada – przemieszczasz się jedną korytarzową ścieżką, od czasu do czasu możesz skręcić w prawo albo w lewo, i na tym kończy się eksploracja. Z biegiem czasu robi się trudniej, owszem, ale trudniejsze tutaj oznacza głównie mniejsze pole manewru, nie ciekawsze wyzwania.

Grafika, która poszła w złą stronę

Przy premierze gra nie zachwycała, ale była do przyjęcia. Żadnego standardu HD, ale przynajmniej wyglądało to spójnie. Po obowiązkowej aktualizacji coś poszło bardzo, bardzo nie tak. Postacie są rozmazane, modele uszkodzone, a całość wygląda jakby ktoś ułożył puzzle z kawałków, które do siebie nie pasują – i wciskał je na siłę. Podczas niektórych walk ciężko nawet odróżnić, z kim właściwie walczysz.

HonorBound

To nie jest kwestia stylu artystycznego ani świadomej decyzji twórców. To po prostu techniczna katastrofa, która do dziś nie została naprawiona.

HonorBound jest darmowy i to uczciwa informacja. Ale jak to zwykle bywa, „darmowy” oznacza tu pewne rzeczy. Walki na arenie to trzy podejścia, potem energia się kończy i albo czekasz, albo płacisz. System jest skrojony pod wyciąganie pieniędzy w sposób, który ani nie ukrywa swoich intencji, ani nie stara się ich elegancko opakować.

Gdyby przynajmniej sama gra była na tyle dobra, że chciałoby się inwestować czas na czekanie – może dałoby się to wybaczyć. Ale HonorBound nie jest na tyle dobry. I to jest jego największy problem.

Ciężko znaleźć cokolwiek, za co HonorBound można pochwalić bez zastrzeżeń. Fabuła skopiowana ze szkolnego szablonu, walki nudne już po kwadransie, grafika po aktualizacji w opłakanym stanie, a monetyzacja na pierwszym planie. To jeden z tych tytułów, które potwierdzają najgorsze stereotypy o grach free-to-play na mobile.

Jeśli szukasz mobilnego RPG z prawdziwym zębem – omijaj HonorBound szerokim łukiem. Serio, Twój czas jest wart więcej.

Może Cię zainteresować

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *