CookieRun: OvenSmash

Uśmiechnięte ciasteczka uciekające z piekarnika. Słodkie, kolorowe, urocze. Idealne dla dzieci, prawda? No to teraz wyobraź sobie, że te same ciasteczka wchodzą na zamkniętą arenę, patrzą na siebie zimno i zaczynają wzajemnie wbijać sobie skille w twarz. Brzmi absurdalnie? Zdecydowanie. Ale właśnie ten szalony pomysł Devsisters postanowiło przekuć w grę – i wyszło im z tego coś, czego naprawdę się nie spodziewałem.

CookieRun: OvenSmash to arena brawler w cukierkowym opakowaniu, który po kilku meczach przestaje być zabawnym eksperymentem, a zaczyna być poważnym PvP z całkiem sporą głębią. I mam z tym problem, bo planowałem tylko sprawdzić, co to jest – a skończyłem na trzydziestej rozgrywce z rzędu.

Od ucieczki z piekarnika do walki na śmierć i życie

Marka CookieRun przeszła przez wiele wcieleń – runner, RPG, strategiczne królestwo. Ale arena brawler to był krok, którego nikt się nie spodziewał. Devsisters zamiast pójść bezpieczną drogą, postanowili zabrać swoje ukochane ciasteczka w zupełnie nowe miejsce i zaserwować coś znacznie bardziej pikantnego niż dotychczas.

I zadziałało. OvenSmash to nie jest bajka dla dzieci – to szybkie, intensywne starcia, w których liczy się refleks, taktyka i dobre poznanie bohatera, którym grasz. Słodka otoczka jest, ale pod spodem bije serce porządnej gry PvP.

Mechanika – prosto, ale z pazurem

Sterowanie oparte jest na schemacie twin-stick – jeden analog do ruchu, drugi do celowania, przyciski aktywują skille. Na papierze brzmi jak każda inna arenówka. W praktyce różnice między postaciami robią z tego zupełnie inną grę za każdym razem.

Każde ciasteczko ma trzy unikalne zdolności – ofensywne, defensywne lub użytkowe. Licorice Cookie przyzywa mroczne cienie i pułapki. Princess Cookie szarżuje na przeciwników z obrażeniami obszarowymi. Knight Cookie blokuje ciosy i osłania sojuszników. To nie są kosmetyczne różnice – naprawdę czuć, że każde ciasteczko gra inaczej i wymaga innego podejścia.

Do tego dochodzi interaktywność aren – przeszkody, strefy wzmocnień, teleporty. Każda rozgrywka może wyglądać inaczej, szczególnie na wyższych poziomach, gdzie rywale zaczynają naprawdę korzystać z terenu. Właśnie ta warstwa sprawia, że gra nie nudzi się tak szybko, jak można by się spodziewać po tytule z kolorowymi ciasteczkami w roli głównej.

Tryby gry – jest dla kogo grać

OvenSmash oferuje klasyczne deathmatche, walki drużynowe, eventowe wyzwania i rankingi sezonowe. To wystarczy, żeby zadowolić zarówno kogoś, kto chce wpaść na kilka szybkich meczów, jak i osobę, która szuka prawdziwej rywalizacji i wspinaczki po drabince rankingowej.

Tryb rankingowy to to, co trzyma przy ekranie najdłużej. Poczucie ciągłego postępu – albo bolesnej nauki po każdej przegranej – działa tu dokładnie tak, jak powinno.

Grafika i dźwięk – cukierkowa uczta bez kompromisów

Devsisters zawsze wiedzieli, jak sprawić, żeby ich gry wyglądały. OvenSmash nie jest wyjątkiem – postacie są animowane z humorem i detalami, mapy tętnią kolorami, a dynamiczne efekty specjalnie robią wrażenie nawet po dłuższym czasie grania. Interfejs jest czytelny i utrzymany w tym charakterystycznym słodko-komiksowym stylu, który fani serii znają od lat.

Muzyka i efekty dźwiękowe są energiczne, radosne i świetnie komponują się z tempem walki. Nie przeszkadzają, nie nużą – po prostu nakręcają. Rzadko mówię o dźwięku w grach mobilnych z uznaniem, ale tu naprawdę jest na co zwrócić uwagę.

Monetyzacja – bo musi być haczyk

No i tu dochodzimy do części, której nie można pominąć. Lootboxy, waluty premium, battle passy – tak, wszystko to jest w grze i nie zniknie po pierwszej łatce. System progresji w sporej części opiera się na losowości, a gracze wydający pieniądze będą odblokowywać ulepszenia wyraźnie szybciej.

Na szczęście gra nie jest drastycznym pay-to-win – możesz się bawić i rywalizować bez płacenia. Ale jeśli celowo wchodzisz w rankingi i trafisz na kogoś, kto zainwestował w grę, różnicę możesz poczuć. To znany problem mobilnych arenówek i OvenSmash go nie rozwiązuje, tylko stara się go nie zaostrzać bardziej niż to konieczne.

Co nie gra?

Kilka rzeczy naprawdę uwiera. Matchmaking nie uwzględnia doświadczenia gracza wystarczająco precyzyjnie – nowi gracze potrafią trafiać na weteranów ze świetnie rozbudowanymi postaciami, co potrafi odstraszyć zanim człowiek w ogóle dobrze pozna mechanikę. Pierwsze godziny mogą być frustrujące zamiast wciągające.

Do tego stabilność serwerów pozostawia trochę do życzenia – lagi i rozłączenia w kluczowych momentach meczu to coś, z czym prędzej czy później się zetkniecie. I wreszcie meta – kilka ciasteczek wyraźnie dominuje na konkretnych mapach i ustawieniach, co prowadzi do powtarzalności na wyższych poziomach rankingów.

CookieRun: OvenSmash to jeden z tych tytułów, które zaskakują. Wchodzisz z nastawieniem „ciekawe, co to” i wychodzisz godzinę później z nową obsesją i planem, które ciasteczko odblokujesz jako następne. Kolorowa otoczka skrywa solidną grę PvP z prawdziwym zróżnicowaniem postaci, taktyczną głębią i systemem trybów, który zadowoli różne typy graczy.

Monetyzacja nie jest idealna i to uczciwe zastrzeżenie. Ale jeśli nie planujesz rzucać się w głęboki rankingowy grind od pierwszego dnia – ta gra jest po prostu świetną, szybką rozrywką, która wygląda pięknie i gra się naprawdę dobrze.

Kto powiedział, że ciasteczka nie mogą się bić? Mylił się.

Może Cię zainteresować

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *