Surgeon Simulator

Ludzka dłoń potrafi dokonywać cudów. Może leczyć, pomagać, tworzyć… albo w przypadku Surgeon Simulator zamienić salę operacyjną w absolutny festiwal chaosu i czarnej komedii. I warto to powiedzieć od razu: jeśli ktoś uruchamia tę grę z myślą, że dostanie realistyczny symulator chirurgii, to czeka go bolesne zderzenie z rzeczywistością. Ale spokojnie — to właśnie w tym tkwi cały żart.
Zamiast precyzyjnych narzędzi i instrukcji dostajemy dziwaczne, marionetkowe sterowanie, które sprawia wrażenie, jakbyśmy kierowali ręką chirurga po kilku głębokich… bardzo głębokich… drinkach. Gra wrzuca cię prosto na blok operacyjny, bez jakiejkolwiek lekcji anatomii, bez tutoriala i bez litości. Jeśli potrafisz sobie wyobrazić pijanego lalkarza próbującego przeszczepić serce, to mniej więcej wiesz, czego się spodziewać. Jest nerwowo, nieczytelnie i kompletnie nieprzewidywalnie.

I właśnie o to chodzi.
Cała zabawa w Surgeon Simulator nie polega na leczeniu pacjentów, tylko na obserwowaniu, jak spektakularnie potrafisz zawalić nawet najprostsze czynności. Chcesz podnieść skalpel? Zrzucasz pół stołu. Próbujesz chwycić piłę do kości? Wpadasz ręką w klatkę piersiową i przypadkiem wyrywasz płuco. A laser? No cóż… czasem pacjent kończy z przypadkowym tatuażem na twarzy.
Fizyka jest w miarę realistyczna, ale bywa też kapryśna i lekko zepsuta, co tylko potęguje absurd. Każda operacja szybko zamienia się w slapstickowy spektakl, gdzie sukcesem nie jest elegancja, a fakt, że pacjent w ogóle jeszcze żyje. Co zabawne, nawet „pomyślnie zakończona” operacja wygląda jak rzeźnia po zamknięciu — stare organy lecą w kąt, nowe są wrzucane byle jak, a dopóki serce jest na miejscu, reszta zdaje się nikogo nie obchodzić.

Oczywiście, bywa frustrująco. Zdarzało mi się zepsuć operację na ostatniej prostej i musieć zaczynać wszystko od nowa. Ale jest też druga strona medalu: gdy w końcu ogarniesz sterowanie i uda ci się doprowadzić zabieg do końca, satysfakcja jest ogromna. Po czasie uczysz się, jak działa ta pokraczna ręka, gdzie są jej granice i jak w miarę sprawnie… no cóż… okaleczać pacjentów w kontrolowany sposób.
I wtedy wychodzi na jaw coś ciekawego — pod tą warstwą groteski kryje się zaskakująco dużo głębi. Jasne, możesz iść na żywioł, rąbać, ciąć i rozwalać wszystko jak psychopata (tak, operację mózgu da się zrobić siekierą), ale gra to zauważa i odpowiednio ocenia. Jeśli chcesz lepszy wynik, musisz zacząć rozumieć systemy, eksperymentować i wyciągać wnioski.
Wiele mechanik nie jest wytłumaczonych wprost, co nagradza ciekawskich. Przykład? Zielone serum, które zatrzymuje krwawienie pacjenta — dowiedziałem się o tym przypadkiem. Albo subtelne podpowiedzi, gdzie najlepiej wykonać nacięcie. Sterowania nigdy nie opanowałem w stu procentach, ale z każdą kolejną operacją czułem się coraz pewniej i coraz bardziej „chirurgicznie kompetentny”, na tyle, na ile ta gra w ogóle na to pozwala.

Szkoda tylko, że operacji jest tak mało. Po przeszczepie serca, nerek i mózgu zostaje głównie powtarzanie tego samego… albo próba sił w karetce. Operacje w jadącej ambulansie to świetny pomysł — wszystko lata, podskakuje i wyślizguje się z ręki. Daje to mnóstwo śmiechu… dopóki losowy wstrząs nie wyrzuci kluczowego organu poza ekran kilka minut przed końcem misji. Wtedy zamiast śmiechu pojawia się czysta frustracja.
Na koniec ważna rada: Surgeon Simulator nagradza ciekawość. Warto kliknąć wszystko w interaktywnym menu głównym. Nawet zmiana ustawień graficznych potrafi być wyzwaniem, bo odbywa się przy użyciu tego samego topornego sterowania, ale przedmioty leżące na biurku kryją kilka naprawdę świetnych niespodzianek. Jedna z nich to moim zdaniem jedna z lepszych ukrytych atrakcji, jakie widziałem w grach indie.
Jeśli wejdziesz w Surgeon Simulator z odpowiednim nastawieniem i zrozumiesz, że to gra o komedii wynikającej z celowo fatalnego sterowania, a nie o medycynie, czeka cię bardzo dobra zabawa. Zawartości nie ma dużo, ale emocje, śmiech i historie „jak to znowu zepsułem” zostają w pamięci na długo. To dziwna, mroczna i absurdalnie zabawna lekcja pokory… oraz szacunku dla prawdziwych chirurgów.






