Uncharted Water

Jeśli miałbym opisać Uncharted Waters w formie recenzji, to najprościej powiedzieć: to powrót do bardzo specyficznej epoki gier, który dziś trafia głównie do fanów retro i osób ciekawych, jak kiedyś wyglądały tytuły o żegludze.
Gra jest wiernym remasterem produkcji z początku lat 90. Nie udaje nowoczesnego RPG-a, nie próbuje dorównywać współczesnym sandboxom. Jej urok opiera się na czymś innym – na spokojnym rytmie wypraw, odkrywaniu kolejnych portów, handlu i zarządzaniu załogą. Tempo jest powolne, a większość rozgrywki to planowanie. Można poczuć klimat dawnych tytułów Koei, które budowały całe światy oparte głównie na tabelach i prostych mapach.
Gra nie zawsze jest jednak przyjemna dla nowych graczy. Interfejs jest archaiczny, zasady bywają mało czytelne, a wiele mechanik trzeba po prostu odkryć metodą prób i błędów. Jeśli ktoś wychował się na współczesnych erpegach albo grach pokroju Pirate Warriors, to tutaj może czuć się od razu zagubiony. Trzeba też lubić stare piksele i oprawę, która zatrzymała się w czasie.
Mimo to Uncharted Waters potrafi wciągnąć. Daje poczucie samodzielności i swobody, której brakuje wielu nowym grom – możesz zostać kupcem, żeglarzem, odkrywcą, kim tylko chcesz, byle wiedzieć, jak prowadzić swój statek. Każdy port to nowa okazja: handel, plotki, wynajęcie załogi, proste zadania. To gra, która nie prowadzi za rękę, przez co satysfakcja z pierwszych udanych wypraw naprawdę cieszy.
Czy warto? Jeśli lubisz stare japońskie strategie, retro-RPG-i i klimat wypraw morskich, to tak. Jeśli oczekujesz współczesnej oprawy i płynnej, prowadzonej fabuły – raczej nie.
To niszowy tytuł dla cierpliwych ludzi z sercem do klasyków.











