Udawała profesjonalną graczkę. Jeden trik zakończył jej karierę w eSporcie

Ta historia naprawdę wstrząsnęła eSportową sceną, bo czegoś takiego nie widuje się nawet w świecie turniejowych afer. Tym razem nie chodzi o drobne oszustwo, podejrzany exploit czy nielegalne ustawienia sprzętu. Okazało się, że zawodniczka eSportowa… w ogóle nie grała. I to na poziomie reprezentacji narodowej.
eSport od dawna nie jest już zabawą. To konkretne pieniądze, kontrakty, sponsorzy i rozpoznawalność, a dla wielu graczy także życiowa szansa. Tam, gdzie stawka jest wysoka, zawsze znajdą się próby kombinowania. Były już przypadki cofania tytułów, bany po latach i publiczne przeprosiny, nawet w tak wielkich grach jak Fortnite. Ale dojście tak daleko bez faktycznego grania? To sytuacja niemal bez precedensu.
Cała sprawa dotyczy zawodniczki znanej jako Tokyogurl, czyli Warasin Naphat. Reprezentowała ona tajską kadrę narodową podczas Southeast Asian Games 2025 w grze Arena of Valor. Wszystko wyglądało normalnie aż do momentu, gdy sędziowie zauważyli coś bardzo niepokojącego. Ruchy postaci na ekranie kompletnie nie pasowały do ruchów jej dłoni. To był pierwszy sygnał, że coś jest nie tak.
Po krótkim dochodzeniu wyszła na jaw prawda. Tokyogurl nie grała sama. Zamiast tego korzystała z Discorda i funkcji udostępniania ekranu, a ktoś inny grał za nią zdalnie, podczas gdy ona tylko „odgrywała” rolę zawodniczki. Efekt był natychmiastowy. Dyskwalifikacja z turnieju, a chwilę później wycofanie całej drużyny, mimo że zespół miał już zapewniony awans do finałów. Najbardziej ucierpieli więc jej koledzy z drużyny, którzy stracili szansę nie przez własne błędy.

Początkowo Tokyogurl zaprzeczała oskarżeniom, ale prawda i tak szybko wyszła na jaw. Inny gracz sceny Arena of Valor, znany jako Cheerio, opublikował film na TikToku, w którym przyznał, że to on był osobą grającą w tle. Przeprosił i stwierdził, że nie spodziewał się, iż sprawa urośnie do takich rozmiarów. Zapowiedział też, że weźmie na siebie konsekwencje. Sama Tokyogurl ograniczyła się do krótkiego „I’m sorry” na Facebooku, co wiele osób odebrało jako ciche przyznanie się do winy.
Konsekwencje przyszły błyskawicznie i były bardzo dotkliwe. Tokyogurl straciła kontrakt z klubem, a organizacja RoV Esports zbanowała ją dożywotnio. Trudno się dziwić – skoro nigdy faktycznie nie grała, jej powrót na scenę i tak byłby wątpliwy. Sytuacja Cheerio również wygląda źle. Jego dalsza kariera stoi pod znakiem zapytania, a tajskie i azjatyckie federacje eSportowe zapowiedziały kroki prawne wobec obu osób.
Co gorsza, pojawiły się informacje, że pewne sygnały ostrzegawcze były widoczne już wcześniej. Unikanie treningów na żywo, zasłanianie rąk podczas streamów, brak chęci spotkań offline. Mimo to Tokyogurl trafiła do reprezentacji bez klasycznych kwalifikacji, głównie dzięki rozpoznawalności w sieci. Jak się okazało, była to decyzja fatalna w skutkach.
Ta historia to brutalne przypomnienie, że w eSporcie nie da się oszukiwać w nieskończoność. Transmisje, sędziowie, kamery i analiza rozgrywki prędzej czy później wyłapią nieprawidłowości. Tokyogurl i Cheerio nie są pierwszymi, którzy próbowali iść na skróty, ale rzadko kiedy plan rozpada się aż tak spektakularnie. A cena, jaką zapłacili, może okazać się najwyższa z możliwych.






