Rzadki widok w ARC Raiders. Zgrana formacja rozniosła Królową w pył

Każda runda w ARC Raiders to czyste szaleństwo. Serio. Z jednej strony masz mordercze maszyny, które chcą cię rozłożyć na części. Z drugiej innych graczy, którym kompletnie nie zależy na twoim przetrwaniu. Nawet jeśli jakimś cudem dobiegniesz do strefy ekstrakcji z pełnym plecakiem łupu, zawsze istnieje ryzyko, że gdzieś w krzakach czai się szczur czekający na łatwy strzał. A to wszystko przy założeniu, że sam nie popełnisz błędu i nie zginiesz po drodze.

Walka z Królową zwykle wygląda jak totalny chaos. Jedni rzucają granaty z bezpiecznej odległości, inni biegają pod jej nogami, jakby to był parkour. Zdarzają się też tacy, którzy stoją z tyłu i czekają, aż reszta zrobi robotę, żeby potem zgarnąć nagrody. Brakuje planu. Brakuje dowodzenia. Brakuje dyscypliny.

Ale w jednej z ostatnich sesji wydarzyło się coś, co bardziej przypominało scenę z filmu wojennego niż typowy mecz w extraction shooterze.

Na Reddicie użytkownik AymaneByr wrzucił klip z lobby, które postanowiło zrobić to inaczej. Bez ego, bez chaosu, bez samotnych bohaterów. Jeden z graczy, uzbrojony w Equalizera i sporą dawkę charyzmy, przejął dowodzenie. Ustawił wszystkich w równym szyku. Kazał przesunąć się na pozycję wysuniętą. I co najlepsze, wszyscy faktycznie go posłuchali.

Zamiast bezmyślnie walić do Królowej od pierwszej sekundy, padł rozkaz: wyciągnąć Watahy, wycelować i czekać. Nikt nie strzelał. Nikt nie panikował. Czekali na sygnał. Dopiero gdy gigantyczny Arc wszedł w idealny zasięg, dowódca krzyknął coś w stylu „do boju” i wtedy ruszyła salwa.

Setki naprowadzanych pocisków uderzyły jednocześnie w cel. Ekran eksplodował światłem i wybuchami. To nie była przypadkowa wymiana ognia. To była zsynchronizowana egzekucja.

Potem padł rozkaz ognia dowolnego, ale formacja została utrzymana. Linia się nie rozsypała. Gdy Królowa została ogłuszona, drużyna ruszyła do przodu jak jeden organizm. Druga zsynchronizowana salwa z Watah praktycznie złamała ją w pół. Gigantyczna maszyna zaczęła się chwiać, jakby nie mogła uwierzyć, że trafiła na tak zgraną ekipę.

I w końcu padła. Bez dramatycznych zwrotów akcji. Bez połowy drużyny leżącej na ziemi. Czysta, skoordynowana robota.

To pokazuje coś pięknego w ARC Raiders. Ta gra z natury jest brudna, nieprzewidywalna i pełna zdrad. Ale kiedy trafisz na lobby, które potrafi działać jak oddział z prawdziwego pola bitwy, nagle robi się epicko. To nie był zwykły kill bossa. To wyglądało jak scena otwierająca wielki historyczny film.

I właśnie dla takich momentów chce się wracać do tej gry.

Może Cię zainteresować

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *