Need for Speed: No Limits

Need for Speed: No Limits to gra, która od samego początku wzbudzała mieszane emocje. Głównie dlatego, że stoi za nią EA, a konkretnie studio Firemonkeys, czyli dawny Firemint. To właśnie oni stworzyli kultowe Flight Control i świetną serię Real Racing. Gdy EA ich przejęło, wiele osób przewidywało najgorsze: agresywne mikropłatności, ograniczanie rozgrywki i wyciskanie gracza jak cytryny. Przez jakiś czas wydawało się jednak, że te obawy były przesadzone. Need for Speed: Most Wanted na mobile i Real Racing 3 pokazały, że da się zrobić dobrą grę nawet pod skrzydłami wielkiego wydawcy. No Limits to moment, w którym te stare lęki wracają… i to z podwójną siłą.
Fabuła? Jest. Ale raczej z obowiązku
W No Limits wcielasz się w ulicznego kierowcę, który próbuje wybić się w nielegalnym wyścigowym podziemiu. Brzmi znajomo? I dokładnie takie jest. Fabuła jest tłem, pretekstem do ścigania się i zbierania aut. Dialogi są krótkie, schematyczne i raczej nikogo nie zaskoczą. To gra, w którą nie wchodzi się dla historii, tylko dla jazdy, prędkości i odblokowywania kolejnych maszyn.

Model rozgrywki – arcade pełną gębą
Sama jazda to zdecydowanie najlepszy element gry. Wyścigi są krótkie, intensywne i bardzo dynamiczne. Część trwa dosłownie 20–30 sekund, ale przez ten czas na ekranie dzieje się wszystko: drift, boost, near missy, skoki i agresywne zakręty.
Sterowanie jest proste i dobrze dopasowane do ekranu dotykowego. Domyślny schemat opiera się na stukaniu w boki ekranu do skręcania oraz gestach do driftu i nitro. Jest responsywnie i intuicyjnie, bez walki z telefonem. Co ważne, gra nagradza styl jazdy. Driftowanie, jazda na zderzaku rywala czy ryzykowne mijanki szybciej nabijają pasek dopalacza. Jest tu mała warstwa strategii, ale bez komplikowania.

Grafika i poczucie prędkości
Pod względem wizualnym No Limits wygląda bardzo dobrze jak na grę mobilną. Mnóstwo refleksów, dymu spod opon, iskier i świateł nocnego miasta. Co istotne, wszystko to działa płynnie. Gra ma świetne poczucie prędkości, a to w NFS jest absolutna podstawa. Owszem, są prostsze gry, które działają jeszcze płynniej, ale przy ilości efektów na ekranie trudno się czepiać.
Samochody i progresja
Rdzeniem gry jest kolekcjonowanie i ulepszanie aut. Każdy nowy samochód to dostęp do kolejnych wyścigów i pobocznych karier. Ulepszenia obejmują silnik, nitro, opony i inne elementy, a do tego dochodzi tuning wizualny. Odblokowanie nowego auta naprawdę daje satysfakcję, bo nagle otwiera się spory kawałek zawartości.

I tutaj niestety zaczynają się schody.
Free-to-play bez litości
No Limits to gra agresywnie darmowa tylko z nazwy. Jest system energii, kilka walut, długie czasy oczekiwania i obowiązkowy grind. Co ciekawe, początek gry jest bardzo przyjazny. Energia często się odnawia, awans na poziom ją resetuje i przez pierwsze godziny można grać praktycznie bez przerwy. To moment, w którym gra mocno wciąga.
Po kilku dniach sytuacja się zmienia. Sesje skracają się do kilkunastu minut, a większość czasu spędzasz na powtarzaniu starych wyścigów tylko po to, żeby podnieść statystyki auta. Do tego dochodzą sztuczne blokady progresu, gdzie nie ruszysz dalej bez konkretnego poziomu mocy pojazdu. Można to ominąć… portfelem.

W porównaniu do Real Racing 3, gdzie dało się sensownie planować i grać długo bez płacenia, tutaj model jest znacznie bardziej duszący.
Czy mimo wszystko warto?
Paradoksalnie: tak. Need for Speed: No Limits jest naprawdę dobrą grą wyścigową, jeśli patrzeć wyłącznie na samą jazdę. Sterowanie, tempo, oprawa i feeling są na bardzo wysokim poziomie. Problemem nie jest gameplay, tylko system, który celowo go ogranicza, żeby skłonić gracza do płacenia.
Jeśli potraktujesz No Limits jako grę do krótkich sesji, bez ciśnienia na szybki progres, będziesz się bawić świetnie. Jeśli liczysz na długie, nieprzerwane granie bez frustracji, prędzej czy później odbijesz się od ściany energii i wymagań.






