Carmageddon: Rogue Shift

W latach 90. i na początku 2000. gry oparte na walkach pojazdów były na porządku dziennym. Seria Twisted Metal, Burnout czy Carmageddon stworzyły fundamenty dla szalonych, agresywnych wyścigów, które w 2026 roku są już rzadkością. Choć Twisted Metal i Burnout od dawna leżą odłogiem, Carmageddon: Rogue Shift wprowadza świeże spojrzenie na gatunek w stylu roguelite, pokazując, że mimo iż walki pojazdów wydają się reliktem przeszłości, wciąż mają trochę paliwa w baku.
Rogue Shift to postapokaliptyczna, jednoosobowa gra wyścigowa, która przenosi klasyczną formułę demolowania się w trakcie wyścigów na mechanikę roguelite. Za każdym razem, gdy rozpoczynasz nową rundę, wybierasz pojazd z rosnącego garażu – każdy z nich prowadzi się inaczej i ma unikalną broń oraz perki. Moim faworytem był solidny „tank”, który odblokowałem na początku – miał większą wytrzymałość, mocniejszy atak i specjalny bonus zwiększający obrażenia przy poprawianiu obrony. Dzięki niemu mogłem dłużej przetrwać niż przy szybszych, bardziej kruchych pojazdach. W miarę odblokowywania kolejnych aut i zdobywania doświadczenia zacząłem jednak sięgać po te szybsze, mniej odporne maszyny.

Podczas każdej rundy poruszasz się po mapie wybierając trasę do kolejnych bossów. Tu wkracza element ryzyka i nagrody – idę do sklepu z bronią, żeby ulepszyć strzelbę, choć zaraz po nim czeka trudniejsza, elitarna misja, czy wolę ominąć ryzyko i przejść dalej? Każda porażka – zniszczenie auta czy niewykonanie celu – kończy rundę, więc decyzje mają realne znaczenie. Często triumfowałem, gdy ryzyko się opłaciło, ale częściej patrzyłem bezradnie, jak mój pojazd wybucha, a moje nadzieje ulatują w dymie.
Na trasie Carmageddon to prawdziwa symfonia eksplozji i prędkości. Większość wyścigów to tory z kilkoma okrążeniami, gdzie rywalizujesz z innymi uzbrojonymi po zęby kierowcami. Pędząc przez ulice pełne zombie, demolując przeciwników, trzymałem w napięciu od startu do mety. Zbieranie amunicji, celowanie w rywali i wysadzanie ich w powietrze daje satysfakcję równą tej, gdy wrzucasz wroga w barykadę i obserwujesz wybuch niczym fajerwerk.

Każde auto prowadzi się inaczej, a różnorodność nawierzchni i pogody potrafi łatwo zepsuć rundę. Jeden niekorzystny zakręt w deszczu na błotnistej drodze, i nagle spin-out kończy Twoją passę. Brak szybkiego przywracania auta po wpadnięciu w przeszkodę potęguje frustrację – w grze, której sednem są demolujące się pojazdy, korekta kursu trwa zdecydowanie za długo. Dodaj do tego brak przycisku „retry” poza specjalnymi przedmiotami i łatwo poczuć się wkurzonym tuż przed metą.

Mechanika roguelite wprowadza też walutę – kredyty i beatcoiny – które pozwalają na zakupy w sklepach w trakcie rundy lub ulepszenia w Czarnym Rynku. Dzięki temu, nawet przy powtarzaniu tych samych tras, możemy ciągle modyfikować auto, zdobywać nowe broń i pojazdy, a każdy wyścig pozostaje świeży.
Bossowie są tu naprawdę istotni – od pędzących czołgów po niemal niezniszczalnych speedsterów. Starcia z nimi zmieniają tempo rundy i wprowadzają emocje różne od standardowych wyścigów. Jednak czasem najprostsze wydarzenia zmieniają się w totalny chaos, kiedy przeciwnicy wepchną Cię w ścianę, a AI bywa niestety dość niedopracowane – od policjantów wpadających w ściany, po bossów, którzy po prostu przestają jechać.

Mimo wszystkich niedociągnięć, błędów sterowania i czasem irytujących AI, Carmageddon: Rogue Shift wciąga nieprzerwanie. Każda runda sprawia, że chcesz powiedzieć „jeszcze jedna!”, a połączenie klasycznych demolujących się wyścigów z elementami roguelite tworzy mieszankę, której nie wiedziałem, że potrzebuję.
To prawdziwy powrót ducha eksplodujących wyścigów lat 90. w nowoczesnym wydaniu.






