Poppy Playtime Chapter 5

Zacznę od szczerości – to był mój pierwszy raz z tą serią w praktyce. Wcześniej oglądałem materiały, znałem fabułę i postacie, ale dopiero przy piątym rozdziale faktycznie wziąłem pada do ręki. Trochę dziwny moment na start, ale po ukończeniu gry mam mieszane, choć raczej pozytywne odczucia.

Historia wciąga. Rozgrywka już nie zawsze.

Rozdział zaczyna się bez zbędnego wstępu. Kontynuujemy wydarzenia z poprzedniej części, a za nami od razu rusza Huggy Wuggy. Pierwsza sekwencja pościgu jest dynamiczna i robi dobre wrażenie. Uciekasz coraz głębiej w dół kompleksu, aż w końcu trafiasz do windy. Chwila oddechu? Nie na długo. Huggy wyrywa drzwi, zabiera GrabPack i zrzuca cię w dół.

Od tego momentu cel jest prosty – przetrwać i wydostać się z podziemi Playtime Co. Po drodze pojawiają się nowi sprzymierzeńcy i przeciwnicy. Najważniejszy z nich to Prototype. W końcu wychodzi z cienia i dostaje więcej czasu ekranowego. Jego wątek jest jednym z najmocniejszych punktów całego rozdziału.

Na plus też rozwój innych postaci. Zarówno znane twarze, jak i nowi bohaterowie – w tym sympatyczny Giblet – dostają swoje momenty. Sporo informacji odkrywamy poprzez notatki i kasety ukryte w lokacjach. To one zawierają najciekawsze szczegóły fabularne. Problem w tym, że żeby je znaleźć, trzeba przebrnąć przez całą resztę.

W horrorze liczą się dwie rzeczy: historia i rozgrywka. Tu fabuła daje radę. Gameplay już nie zawsze.

Pościgi na początku są intensywne, ale szybko tracą napięcie. Jeśli zginiesz, dostajesz ekran game over i po chwili wracasz do punktu kontrolnego. Po jednej czy dwóch próbach przestajesz się bać. Zaczynasz traktować to jak próbę czasową. Często też nie wiesz od razu, gdzie biec, więc porażka jest niemal pewna. Zamiast napięcia pojawia się frustracja.

Duża część gry to zagadki z GrabPackiem. Pojawiają się nowe warianty, jak Pressure Hand czy Element Hand, więc teoretycznie jest większa różnorodność. W praktyce wiele łamigłówek tylko spowalnia tempo. Masz wrażenie, że to przystanki między kolejnymi fragmentami fabuły, a nie realne wyzwania.

Pod względem wizualnym to najlepszy rozdział w serii. Modele postaci wyglądają bardzo realistycznie. Ruchy, mimika, detale – wszystko stoi na wysokim poziomie. Efekt niesamowitości działa. Niektóre sceny naprawdę wpadają w niepokojącą strefę uncanny valley.

Problemem jest jednak samo otoczenie. Dużo czasu spędzasz w szarych laboratoriach, które są mało zróżnicowane. Są perełki, jak domek dla lalek Lily Longbraids, ale to raczej krótkie momenty niż stały poziom.

Co ważne, gra działa płynnie. Nie natrafiłem na błędy czy problemy techniczne. To dopracowana produkcja. Po prostu brakuje jej konsekwentnego napięcia.

Piąty rozdział robi to, na co czekali fani fabuły. Dostajemy rozwinięcie wątku Prototype’a, solidne sceny z postaciami i sporo odpowiedzi. Pod względem narracji to jedna z najmocniejszych części serii.

Niestety, rozgrywka nie zawsze dotrzymuje kroku historii. Zagadki momentami nużą, a pościgi zbyt szybko przestają straszyć. Całość sprawia wrażenie gry stworzonej głównie po to, by opowiedzieć historię, a nie by faktycznie przerażać.

Warto zagrać, jeśli zależy ci na lore i klimacie. Jeśli jednak szukasz horroru, który przez kilka godzin będzie trzymał w stałym napięciu, możesz poczuć lekki niedosyt.

Może Cię zainteresować

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *