MIO: Memories in Orbit

Jeżeli jesteś fanem Metroidvanii, to wiesz, że nawet w miesiącach, kiedy nie ma wielkich premier AAA, zawsze można liczyć na małe, indie perełki, które ratują sytuację. I taką właśnie grą jest MIO: Memories in Orbit — świeża produkcja od francuskiego studia Douze Dixièmes, które ostatnio wydawało Shady Part of Me pięć lat temu. Studio należy do Focus Entertainment, które przez ostatnie lata w tajemnicy tworzyło prawdziwe małe arcydzieła.
MIO od razu rzuca się w oczy, bo łączy wszystko, co kochamy w Metroidvaniach, a przy tym dorzuca kilka własnych, świetnych pomysłów. Po ponad piętnastu godzinach spędzonych w tej grze miałem wrażenie, że wróciłem do powodu, dla którego kocham ten gatunek. Dynamiczna, precyzyjna walka, fantastyczna eksploracja mapy, piękna oprawa dźwiękowa – wszystko tu gra jak w orkiestrze.

Świat MIO jest surowy, wyrazisty i niesamowicie stylizowany. Przypomina trochę te oldschoolowe, awangardowe kreskówki z lat 90., takie jak Aeon Flux czy pokazy typu Liquid Television. Każdy kadr, każda plansza wygląda jak ruchomy obraz — grube kontury, stonowane barwy, futurystyczny klimat retro science-fiction. Screenshots absolutnie nie oddają uroku tej gry, dopiero w ruchu widać, jak przepięknie płynnie to wszystko działa.
Nie mniej istotne jest audio. Podkład dźwiękowy jest subtelny, pełen odległych szumów i delikatnego napięcia, które razem tworzą atmosferę niepokoju, ale też chwile wzruszeń. Muzyka przypomina trochę klimat Stranger Things, lekko synthowa, ale idealnie dopasowana do rozmiaru i skali mapy. Co więcej, twórcy bardzo umiejętnie korzystają z kamery i przestrzeni 3D, robiąc szerokie, panoramiczne ujęcia, które w połączeniu z krótkimi, pulsującymi nutami podkreślają wagę każdego miejsca. I robią to z wyczuciem — muzyka nigdy nie przeszkadza, a wręcz podkreśla momenty, które mają robić wrażenie.

NPC-e i tło świata są równie dopracowane. Małe, zabawne roboty, dziwaczni mieszkańcy, ich historie i rozmowy dodają grze ogromnej dawki emocji i charakteru. Głos aktorski nie pojawia się często, ale kiedy już się pojawia, robi ogromne wrażenie — piękne, czasem mroczne, czasem zabawne interpretacje, które wpasowują się w klimat całej gry.
Pod względem mechaniki MIO to prawdziwa gratka dla fanów Metroidvanii i Soulslike’ów. Mapy są przemyślane, odkrywanie sekretów daje ogromną satysfakcję, a wprowadzanie nowych przedmiotów, które pozwalają przemieszczać się w nowe sposoby, daje ten charakterystyczny „flow” gatunku. Walka jest precyzyjna, uderzenia mają wyraźną wagę, wszystko czuje się autentycznie — żaden moment nie jest pusty. Każdy cios, każdy unik daje poczucie kontroli i napięcia, które powinno być cechą każdej dobrej gry tego typu.
Oczywiście, MIO nie rewolucjonizuje wszystkich mechanik. Podstawowe ataki, uniki, dash, glide są standardowe, ale działają świetnie. Platforming bywa wymagający, choć nie tak frustrujący jak w niektórych innych tytułach, i generalnie urozmaica eksplorację. Bossowie są dobrze zaprojektowani, zrównoważeni, z wyraźnymi wzorcami ataków — nigdy nie czuje się, że gra „oszukuje”. Niestety, gra nadal korzysta z nieco przestarzałych mechanik Soulslike, jak długie powroty do bossów, co w 2026 roku już trochę zgrzyta.

System ulepszeń, czyli tzw. Modifications, jest ciekawym dodatkiem, bo wymusza wybory i myślenie strategiczne, ale niektóre rozwiązania są trochę dziwne — np. brak możliwości sprawdzenia pasków życia bez specjalnego ulepszenia. Większość modyfikacji jest dość standardowa, co trochę ogranicza potencjał tego systemu.
MIO: Memories in Orbit to mroczna, klimatyczna Metroidvania z mocnym sercem Soulslike’a. Walka jest satysfakcjonująca, eksploracja daje frajdę, muzyka i świat wciągają bez reszty. Trochę przestarzałych rozwiązań i niektóre ulepszenia nieco psują perfekcję, ale i tak to pozycja obowiązkowa dla każdego fana gatunku. Jeśli szukasz gry, która połączy precyzyjny combat, piękne lokacje i świetny klimat, MIO jest jednym z najlepszych startów 2026 roku.






